Inspiracja

Wolę coś współtworzyć niż wchodzić „na gotowe” – wywiad z Grzegorzem Kazulakiem, Positionly

grzegorz-kazulak-positionly

Rzucił szkołę kilka tygodni przed maturą, pracował jako programista w Anglii i w Polsce, a później założył takie firmy, jak El Passion czy Positionly – to właśnie Grzegorz Kazulak, z którym udało nam się ostatnio porozmawiać.

 

Jak zacząłeś swoją przygodę z Internetem i biznesem?

Pierwszy raz “na poważnie” zająłem się tematyką Internetu w 2004 roku pomagając tworzyć serwis PHP.pl oraz pracując jako freelancer dla kilku warszawskich firm. Pierwszą pracą, z której z perspektywy czasu jestem najbardziej zadowolony była prawie 2-letnia przygoda z londyńską agencją Keepthinking, która zajmowała się tworzeniem oprogramowania dla muzeów.

Wyjechałeś do UK w czasie studiów?

Tak naprawdę to porzuciłem praktycznie wszystko z dnia na dzień. Mój ojciec wyjeżdżał do Anglii, a ja zabrałem się wraz z nim – najpierw z zamiarem pobytu na kilka dni… w efekcie zostałem ponad 4 lata. Stwierdziłem, że mam jeszcze czas na naprawienie błędów, którym wtedy wydawało się przerwanie nauki.

Kiedy zacząłeś programować?

Miałem 16 lat gdy razem z kolegą robiliśmy modyfikację do Painkiller’a, polskiej gry People Can Fly. Była przeznaczona dla pro-gamerów, czyli tych grających na takich turniejach jak CPL czy ESWC. Painkiller był platformą na tych turniejach, ale nikt nie chciał grać w podstawową wersję, więc przygotowaliśmy specjalną edycję. Wyszło fajnie, z efektów naszej pracy korzystało kilka tysięcy osób, a wydawca gry – Dreamcatcher – dostrzegł nasz wkład i przekazał nam sprzęt komputerowy. Na tamte czasy to było naprawdę coś!

Wow. Wyniknęło z tego coś więcej?

Zostaliśmy zaproszeni do studia People Can Fly. Jeden z nas dostał nawet szansę na szkolenie z ich programistami w czasie wakacji, ale byliśmy młodzi, głupi i stwierdziliśmy, że nie będziemy siedzieć latem w biurze 🙂

Mówiłeś, że nie od razu po wyjeździe zacząłeś z powrotem kodować. Jak to się stało, że w Anglii nikt nie docenił Twojego talentu od pierwszego dnia?

Wyjechałem w 2004 roku, czyli zaraz po tym, jak umożliwiono Polakom wyjazd bez dodatkowych dokumentów. W Polsce miałem już doświadczenie jako Junior Web Developer, ale nikt nie chciał mnie zatrudnić jako programistę, bo nie miałem doświadczenia… w UK. Nikt się wtedy nie chciał bawić w weryfikowanie tego co robiłem w Polsce. Dopiero w Londynie udało mi się rozpocząć pracę jako pełnoetatowy programista dzięki rekomendacji Oskara Krawczyka, którego znałem z czasów pracy nad PHP.pl.

…ale mimo tego wróciłeś do Polski.

Tak, poznałem wtedy swoją obecną partnerkę i doszedłem do wniosku, że programować mogę gdziekolwiek. Już wtedy popyt na programistów był spory. Przyleciałem na jeden dzień do Warszawy, odbyłem 4 spotkania i wróciłem do UK. Finalnie trafiłem do małej, nowopowstałej firmy Invitum, chociaż wynik wszystkich spotkań, w których uczestniczyłem był pozytywny.

Dlaczego zdecydowałeś się współpracować z dopiero kształtującym się podmiotem?

Wiedziałem, że tam będę miał większy wpływ na to co robię. To kwestia ambicji – wolę coś współtworzyć i pomóc odnieść sukces niż wchodzić „na gotowe”.

Czym było Invitum?

Firmą przy wsparciu finansowym dużego przedsiębiorstwa z branży telekomunikacyjnej, która chciała zbudować platformę usprawniającą proces spedycji. Po dokładniejszym rozpoznaniu okazało się, że taki portal już istnieje i całkiem dobrze prosperuje, a założyciel Invitum nie do końca wie, jak przebić istniejącego konkurenta. Po paru miesiącach zarząd spółki został zmieniony, prezesem została osoba ze “spółki matki”, a nasz zespół zaczął budować portal związany z branżą nieruchomości. Moja rola nieco się zmieniła – otrzymałem udziały i większą decyzyjność.

Co dalej?

To był okres tak zwanego “boomu” na nieruchomości, nie było też wielkiej konkurencji, istniały wtedy jedynie Oferty.net, Domiporta i Gratka.pl. Było miejsce na rynku, co później pokazał Morizon, notując w kilka lat dynamiczny wzrost.

Czemu Wam nie udało się zapełnić tej niszy?

Popełniliśmy kilka fundamentalnych błędów.

Jakie to błędy?

Zaczęliśmy od kampanii na rzecz online’u poprowadzonej offline’owo. Zamiast zainwestować w AdWords, wydawaliśmy pieniądze na kampanie outdoorowe. To nie mogło się dobrze skończyć. Mimo tych błędów doszliśmy do poziomu, w którym serwis posiadał ponad 200 tys. ofert oraz zarabiał kilkadziesiąt tys. zł miesięcznie, a zysk stabilnie rósł. Niestety, inwestorzy ze spółki-matki chyba stwierdzili, że perspektywa ponad dwóch lat oczekiwania na zwrot z inwestycji to zbyt długo.

Ciekawa strategia inwestycyjna…

…tak. Dotychczasowego prezesa zarządu zastąpiono o wiele starszym, byłym urzędnikiem państwowym. Taka osoba jako prezes start-upu oraz jej przekonania nie były zgodne z moją wizją. Podziękowałem.

Rozpocząłem współpracę w firmie Polcode, która przez 2 lata urosła z 8 do 50 osób. Zbudowałem tam kilkunastoosobowy zespół programistów Ruby on Rails, do którego zaprosiłem najlepszych moim zdaniem ludzi w tej dziedzinie. W pewnym momencie jednak praca tam przestała sprawiać przyjemność i mi i większości osób, które zrekrutowałem. Największym problemem była platforma, z której firma korzystała do rozliczania się z klientami – oDesk. Mierzyła ona aktywność pracowników poprzez wykonywanie zrzutów ekranu oraz śledzenie aktywności myszki jak i klawiatury.

Jak taka atmosfera wpłynęła na Twój zespół?

Ludzie, z którymi współpracowałem zaczęli…

Druga część wywiadu

Komentarze