JEREMIE

JEREMIE marzeń

AkzoNobel zdjęcia korporacyjne, fot.marcinmizerski.com

Hostel Happy Seven powstał w drodze, w podróży. Ze sztywnych ram korporacji przez azjatyckie szlaki do własnej firmy na polskim wybrzeżu. Hostel jest przedsięwzięciem liczącym sobie niespełna dwa lata, ale jego koncepcja dojrzewała o wiele dłużej.

– Po kilku latach pracy w dużej firmie w Anglii zrozumiałem, że to nie dla mnie. Szukałem swojego miejsca. Wyruszyłem do Azji, gdzie w końcu spędziłem ponad rok. Nocowałem wtedy tylko w hostelach. Stały się moim ulubionym miejscem odpoczynku, nie tylko ze względu na cenę – wyjaśnia Łukasz Szolc-Nartowski, pomysłodawca i właściciel gdyńskiego hostelu.

Oferta Happy Seven przeznaczona jest dla osób szukających niedrogiego noclegu w dobrym standardzie. Nie ma tu apartamentu, ale można zarezerwować dwuosobowy pokój prywatny w cenie od 130 zł za dobę. Miejsce na piętrowym łóżku w sześcioosobowej sypialni jest o ponad połowę tańsze. Takie ceny obowiązują w tzw. niskim sezonie – od połowy września do końca marca. Później rosną o kilka procent, aby osiągnąć szczyt w tzw. sezonach specjalnych, czyli na przykład w trakcie popularnych festiwali (nawet wielokrotność ceny w niskim sezonie). Jednak także wtedy nie brakuje chętnych. Na czas tegorocznego Heineken Open’er Festival (lipiec) już miesiąc temu Happy Seven sprzedał 50% miejsc.

Na czym polega sekret powodzenia hostelu? Happy Seven to nie tylko sypialnie. Przyciąga klimatem, który współtworzą sami goście. Łukasz Szolc-Nartowski ze swojej strony stara się zapewnić klientom to, co sam cenił, nocując w hostelach. Przez cały pobyt można korzystać z hostelowej kawy i herbaty. Dostępna jest wspólna kuchnia, salon i strefa chillout. Ale najważniejsze jest budowanie relacji. Happy Seven ma wielu zaprzyjaźnionych klientów. To najczęściej ludzie przyjeżdżający regularnie do Trójmiasta w sprawach zawodowych. Załoga hostelu rozpoznaje ich, zna ich historie.

Trudno uwierzyć, że niewiele brakowało, a hostel by nie powstał.

– Początkowo finansowałem wszystko z własnej kieszeni – wspomina Łukasz Szolc-Nartowski – kiedy jednak pieniądze zaczęły się kończyć, szukałem zewnętrznych źródeł finansowania. Wtedy przyjaciele doradzili mi JEREMIE.

65 tys. zł pożyczonych od JEREMIE w maju 2011 roku pozwoliło w ciągu miesiąca dostosować hostel do wymogów sanitarnych i przeciwpożarowych. Dzięki temu z usług Happy Seven już w czerwcu zaczęli korzystać pierwsi goście. – Załatwianie wszystkich zezwoleń związanych z prowadzeniem hostelu wspominam jako koszmar. Ale kwestie dotyczące JEREMIE to czysta przyjemność. Od złożenia wniosku do otrzymania pieniędzy upłynęło kilka dni. W porównaniu z ofertami komercyjnymi pożyczka z JEREMIE jest wyjątkowo nisko oprocentowana. Zresztą jako firma działająca zaledwie od pięciu miesięcy i tak byłem bez szans jako pożyczkobiorca w tradycyjnych instytucjach. Tymczasem w JEREMIE nie tylko dostałem pieniądze niemal od ręki, lecz także mogłem skorzystać z karencji w spłacie rat. Dzięki temu przez cztery miesiące nie ponosiłem kosztów pożyczki.

Łukasz Szolc-Nartowski z dobrym pomysłem na biznes przycumował w Gdyni, budując przyjazną przystań dla podobnych do niego podróżników. W tym roku, wspierając lokalny rynek pracy, przyjmie do recepcji stażystę z programu „Wyjście z cienia”. W ten sposób dzięki niewielkiej pożyczce z JEREMIE będzie pomagał kolejnym osobom znaleźć bezpieczny port w czasie kryzysu.

JEREMIE (Joint European Resources for Micro to Medium Enterprises) zmienia dotychczasowy model unijnego wsparcia dla przedsiębiorców. Bezzwrotną dotację zastąpiono nisko oprocentowaną pożyczką lub poręczeniem dla firm, które ze względu na brak historii kredytowej i zabezpieczeń nie mogą liczyć na zwykły kredyt bankowy.

Wszelkich informacji na temat inicjatywy JEREMIE udzielają pośrednicy finansowi z woj. pomorskiego, których lista dostępna jest na stronie www.jeremie.com.pl.

Komentarze