Finanse

„Frankową bombę” można było rozbroić w 2010 r.

Po każdej kolejnej podwyżce notowań franka szwajcarskiego, rozwiązanie problemu dotyczącego kredytów waloryzowanych w tej walucie, staje się coraz trudniejsze. Wzrost kursu CHF/PLN po niespodziewanym wyniku brytyjskiego referendum, znów skomplikował sytuację kredytobiorców oraz banków.

Dziś w ogóle nie mówilibyśmy o tych problemach, gdyby dobrze została wykorzystana sytuacja z końca 2009 r. i początku 2010 r. Wtedy było już wiadomo, że szykują się burzliwe czasy w światowych finansach, a kurs CHF/PLN po pierwszym rajdzie w górę, spadł znacząco poniżej 3,00 zł. Nieliczne osoby, które wówczas przekonwertowały swój kredyt rozliczany we franku, teraz mogą mówić o dobrym wyborze. Rodzi się pytanie, czy ponad sześć lat temu wszystkie strony kredytowego sporu (dłużnicy, banki oraz instytucje państwowe), nie zmarnowały dobrej okazji na rozbrojenie „frankowej bomby”.

Od sierpnia 2009 r. do kwietnia 2010 r. frank kosztował mniej niż 3,00 zł

Niestabilność franka szwajcarskiego, po raz pierwszy przestraszyła polskich kredytobiorców jesienią 2008 r. Szwajcarska waluta, którą inwestorzy traktują jako tzw. bezpieczną przystań (ang. safe haven) zyskuje na wartości, gdy ze światowej gospodarki napływają złe wieści – mówi Andrzej Prajsnar z portalu RynekPierwotny.pl. Zatem trudno się dziwić, że po eskalacji kryzysu finansowego, frank podrożał z 2,00 zł (koniec lipca 2008 r.) do 3,30 zł (połowa lutego 2009 r.). Po tym pierwszym rajdzie w górę, kurs CHF/PLN zaczął jednak spadać.

Warto zwrócić uwagę, że od sierpnia 2009 r. do kwietnia 2010 r. notowania szwajcarskiej waluty ustabilizowały się na poziomie 2,65 zł – 2,85 zł (kurs NBP z Tabeli A). Różnica stopy referencyjnej dla kredytów rozliczanych w złotym (WIBOR 3M) oraz franku szwajcarskim (LIBOR CHF 3M), nie zachęcała wówczas do konwersji długu. Z perspektywy czasu okazało się jednak, że taki krok po pierwszej znaczącej aprecjacji CHF, wcale nie był złym wyborem.