Aktualności Know How

Case study: walka o prawo autorskie w Internecie

zlodziej_med

Okradło nas czternaście sklepów i kilka portali. Jeden z bardziej „kreatywnych” złodziei treści doczekał się Lauru Konsumenta. Pisaliśmy w tej sprawie do organizacji przyznających nagrody sklepom e-commerce – oczywiście bez efektu – pisze w Proseedzie Krystian Wawrzyczek, właściciel sklepu www.smakprostoty.pl. Jak radzić sobie ze złodziejami opisów?

Smakprostoty.pl to autorski sklep internetowy oferujący artykuły designerskie. Autorstwo to kwestia nie tylko oprogramowania, ale przede wszystkim opisów, artykułów, filmów, porad fachowca.

W roku 2010 przez przypadek znaleźliśmy w jednej z porównywarek cen nasz opis przypisany produktowi z innego sklepu. Okazało się, że sklep skopiował bez naszej wiedzy kilkanaście opisów – naszych, autorskich, które były pozycjonowane, zawierały szereg istotnych fraz. To sprowokowało nas do przeszukiwania Internetu. W naszej branży sklepów jest niewiele, więc łatwo i szybko zorientowaliśmy się, kto korzysta z naszej pracy.

Okradło nas czternaście sklepów i kilka portali. Jeden z bardziej „kreatywnych” złodziei treści doczekał się Lauru Konsumenta. Pisaliśmy w tej sprawie do organizacji przyznających nagrody sklepom e-commerce (przy tych wyborach oceniane są m.in. opisy produktów!) – oczywiście bez efektu. Sprawą zainteresował się „Newsweek”, ale na krótko. Kwestię porzucono, nim artykuł doczekał się publikacji (lepiej nie ruszać problemu, bo dotyczy potężnych sklepów i portali, więc „Newsweek” mógłby się komuś narazić).

Da się jednak walczyć o swoje prawa autorskie i zachowanie reguł uczciwej konkurencji. W czasie półtorarocznych zmagań poznaliśmy dwie drogi. Pierwsza – zgłoszenie do Prokuratury Okręgowej lub Prokuratury Rejonowej. Trzeba złożyć wniosek o popełnieniu przestępstwa ze szczegółowym opisem naruszonych praw – z dowodami, zrzutami ekranu, własnymi tekstami, plikami itp. Dla czternastu spraw przygotowaliśmy łącznie ponad 2500 stron dowodów. Lepiej zrobić to osobiście, bo kancelaria prawna życzy sobie za wstępne przygotowanie dokumentów dla jednej sprawy jakieś 10 000–12 000 zł netto. Dla małej firmy to zabójstwo finansowe, a nie gwarantuje niczego. W tej właśnie cenie warszawska kancelaria zaproponowała nam 35 godzin pracy. To za mało, ponieważ my, biegle znając materiał, pracowaliśmy nad tym po 5–8 godzin dziennie przez dwa i pół miesiąca, w tym czasie prowadząc firmę! Byliśmy więc narażeni na dodatkowe straty, i dlatego zadawaliśmy sobie pytanie: Czy wojować o swoje, czy pracować nad rozwojem sklepu, dając złodziejom kolejne materiały? Poświęciliśmy ok. 300 godzin na rzetelne opisanie czternastu spraw. Nie stać nas było w tym przypadku na skorzystanie z usług kancelarii prawnej.

Prokuratura zleca prowadzenie spraw Wydziałowi Przestępstw Gospodarczych Policji. I albo rzecz zostaje w mieście składającego wniosek, albo jest przesyłana do prokuratury i policji w mieście, w którym zarejestrowana jest okradająca nas firma. W naszym przypadku wiele spraw było prowadzonych w Cieszynie. Z naszych przygnębiających nieraz doświadczeń wynika, że trudno trafić na uczciwego, chętnego do pomocy prokuratora, który nie zlekceważy faktu, że rzecz rozbija się „tylko o słowa”.

W przypadku Internetu i prawa autorskiego oraz łamania zasad ustawy o nieuczciwej konkurencji prawo jest kompletnie bezsilne i – co gorsza – obojętne. Niemniej prokuratura ma obowiązek wniosek rozpatrzyć, może jednak od razu sprawę umorzyć. Mieliśmy do czynienia z prokuratorem, który nawet nie przejrzał dokumentacji. Skorzystaliśmy z prawa odwołania i sąd nakazał mu ponownie zająć się sprawą. Prokurator odrzucił nasze zgłoszenie po raz drugi. Pozostał nam proces cywilny, bo odrzuconego wniosku nie można składać ponownie w tej samej prokuraturze.

Sprawami zaakceptowanymi przez prokuraturę zajmuje się Wydział Przestępstw Gospodarczych Policji. Trafiliśmy na zdolnego, etycznie działającego detektywa Wydziału Przestępstw Gospodarczych w Cieszynie. Nie mając wsparcia z żadnej strony, stworzył precedens i zaplanował algorytm działań w przypadku kradzieży prawa autorskiego. Jego pomysł obiegł całą Polskę. Wydział Przestępstw Gospodarczych w Cieszynie skierował nasze dowody do specjalistycznych firm, które współpracując z wojskiem i policją, zabezpieczyły cyfrowe dowody kradzieży. To znowu bezprecedensowy krok policji. Ustalenie, kto jest autorem tekstów, było stosunkowo proste – okradające nas sklepy i portale kopiowały żywcem nasze teksty, nie weryfikując ich pod żadnym kątem. Nasze literówki i błędy językowe też się u nich pokazywały.

Prawie wszyscy, którzy nas okradli, byli przesłuchiwani przez policję. Niektórzy nawet po tym nie usunęli naszych tekstów ze swoich stron. Twierdzili, że niczego złego nie zrobili – zawsze zrzucali winę na osoby, które na ogół już dla nich nie pracowały. Podobno detektywi Wydziału Przestępstw Gospodarczych mieli sporą frajdę, gdy zapierającemu się delikwentowi pokazywali superanalityczną dokumentację – zapis cyfrowy zawartości serwera. Niektórzy z podejrzanych i wtedy nie przyznawali się do kradzieży. Wielu innych doszło z nami do porozumienia – teksty zostały usunięte, my wycofaliśmy wnioski po otrzymaniu nierzadko wysokich odszkodowań. Nie chodziło bowiem o kradzież pojedynczego opisu, ale niszczenie naszej marki, pracy i pozycji w sieci, na których stworzenie trzeba wielu lat wysiłków i ogromnych kosztów. Były takie sklepy, które posiłkowały się ponad 600 naszymi opisami, czyli w sumie okradły nas z 1/3 zawartości sklepu.

Po przesłuchaniach podejrzanych sprawy trafiły do biegłego zajmującego się prawem autorskim. Tu pojawił się problem, bo w Polsce nie ma biegłych w dziedzinie prawa autorskiego w Internecie. Nasz biegły nigdy nie miał styczności z podobną sprawą. Potraktował ją jak plagiat tekstu drukowanego. Uznał też, że stosowaliśmy w naszych opisach „słowa powszechnie używane” – z taką mądrością trudno dyskutować. Według niego nikt prawa autorskiego nie złamał. Opinia biegłego zdziwiła także prokuraturę i policję, które nie miały jednak podstaw do jej podważenia. Biegły nie interesował się pojęciami „pozycjonowania”, „fraz” itp., obojętne i nieznane były mu reguły działania Internetu. Gdyby zamiast na 75-letnią osobę trafiło na młodego, znającego Internet człowieka, może byłoby lepiej. Policjanci bezskutecznie szukali takiego biegłego kilka tygodni.

W trakcie półtorarocznych zmagań okazało się, że da się jednak wojować z łamaniem przepisów ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Za drugim razem nie posiłkowaliśmy się prokuraturą. Zgłosiliśmy sprawę do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz założyliśmy kilka spraw cywilnych. Z góry było wiadomo, że procesy zajmą lata, ale jakoś udało się uniknąć sądowych konfrontacji. Wiele firm, widząc, że nie ustajemy w walce o swoje, przestraszyło się, że media podejmą temat, i ustąpiło. Porozumieliśmy się między sobą.

Nie warto walczyć o prawo autorskie, jeśli mamy zamiar odwoływać się do prokuratur, które nie znają się na tym, nie chcą poświęcać czasu kwestiom wirtualnego świata. Nasze doświadczenie pokazuje, że lepiej omijać łukiem biegłych sądowych. Można trafić na laika, który jednym podpisem zniszczy wiele mozolnych, czasochłonnych i kosztownych działań. Najlepiej przygotować dokumentację, skonsultować ją z prawnikami i złożyć pozew cywilny.

Dziś zapewne łatwiej dochodzić swych praw. Kiedy zaczynaliśmy, w 2010 roku, kwestia prawa autorskiego w sieci dotyczyła prac magisterskich i podobieństwa domen. Wielu okradzionych nie podejmowała walki o swoje prawa sądząc, że nie ma ona sensu. Sens jest, ponieważ wieść rozejdzie się w sieci pocztą pantoflową. Nie rozgłaszaliśmy oficjalnie, że wojujemy o prawo autorskie, ale każdy kolejny dystrybutor, zgłaszając się do nas ze swoją ofertą, mówił: „Słyszałem, że państwo są bardzo groźni i nie odpuszczają” albo „Huczy o tym, co państwo robią, w całej branży”. I o to chodziło – by nikt już nie miał odwagi nas okradać. My nie żerujemy na niczyjej pracy i tego samego wymagamy od innych sklepów. Nasza akcja sprawiła, że rynek luksusowego AGD ucywilizował się. Praktycznie ustał proceder bezprawnego wykorzystywania autorskich tekstów konkurencji. Sami dodatkowo zabezpieczyliśmy nową odsłonę sklepu przed kopiowaniem i od czasu do czasu wnikliwie monitorujemy sieć. Można to zrobić w bardzo prosty sposób, wykorzystując wyszukiwarkę Google.

Wygraliśmy nie dzięki prawu, ale bazując na ludzkim strachu i poczuciu zagrożenia wynikającego z faktu, że nie poddaliśmy się do samego końca. Doszliśmy do wniosku, że poleganie na prawie nie wystarcza. Internet to dla tej dziedziny jeszcze przestrzeń obca i tajemna (w roku 2010). Rezultatem całej sprawy były zszarpane nerwy, dużo złych emocji, ale jednocześnie – zwycięstwo i satysfakcja, że nie zostawiliśmy sprawy i nie pozwoliliśmy, aby konkurencja żerowała na naszej pracy i inwencji.

Krystian Wawrzyczek, www.smakprostoty.pl

 

Krystian Wawrzyczek, właściciel sklepu www.smakprostoty.pl, sklep@smakprostoty.pl

 

 

Opinia prawnika:
W sprawach takich jak opisywana najważniejsze jest postawienie sobie pytania, na czym naprawdę nam zależy: na uniemożliwieniu dalszego korzystania z „naszych treści” czy też na tym, aby sprawca „poniósł odpowiedzialność” – w postaci skazania karnego albo w formie wyroku nakazującego zapłatę odszkodowania lub publikację przeprosin. Jeśli celem jest opcja pierwsza, to rekomendowałbym skorzystanie z procedury notice and take down z art. 14 Ustawy o usługach świadczonych drogą elektroniczną. Odpowiednie zawiadomienie skierowane do właściciela serwera w większości przypadków pomoże w szybkim usunięciu skopiowanych treści. Jednak nie zawsze – zwłaszcza wówczas, gdy właściciel serwera i właściciel serwisu to ta sama osoba.

Drogi karnej nie rekomenduję z prostego powodu – po zgłoszeniu sprawy na policję, zawiadamiający przestaje być gospodarzem postępowania i nie ma większego wpływu na sposób, w jaki będzie ono prowadzone. Ponadto, do dochodzenia roszczeń w procedurze karnej nadają się tylko sprawy, w których kopiowanie utworów jest ewidentne i nie ma wątpliwości co do ich prawno-autorskiego statusu.

Postępowanie cywilne zawsze wiąże się z kosztami, ponieważ to na powodzie spoczywa obowiązek udowodnienia winy pozwanego oraz uzasadnienia swojego roszczenia. Znacząca część tych kosztów jest związana z zebraniem i przygotowaniem dowodów, czym nie musi zajmować się prawnik. Jemu należy powierzyć przygotowanie samego pozwu. W tego rodzaju sprawach zwykle trudno jest wykazać wysokość szkody lub stosownego wynagrodzenia do zapłaty przez pozwanego. Dlatego też – jeśli będzie to wystarczające – najlepiej poprzestać na roszczeniu o zaniechanie oraz o publikację przeprosin. Moja generalna rekomendacja w tym zakresie to skupić się tylko na tych naruszeniach, które możemy łatwo wykazać, oraz takich roszczeniach, które będziemy mogli skutecznie wyegzekwować. Jeśli zaś chodzi o biegłego – ma on dostarczyć sądowi swoją opinię na temat stanu faktycznego, dla którego wyjaśnienia wymagany jest określony zasób wiedzy specjalistycznej. Biegły może przeanalizować porównywane teksty pod kątem występowania w nich tych samych słów lub fraz – jednak to nie on, a sąd orzeka na tej podstawie, czy doszło do plagiatu.

Tomasz Zalewski, kancelaria Wierzbowski Eversheds

 

Tomasz Zalewski. Partner w kancelarii Wierzbowski Eversheds. Kieruje zespołem własności intelektualnej, e-biznesu i zamówień publicznych. Posiada także wieloletnią praktykę w obsłudze korporacyjnej przedsiębiorstw

Komentarze