Aktualności

Proseed 25: w biznesie liczą się szczęście, rynek i szczęście

janusz-zebrowski

Rozmowa z Januszem Żebrowskim, prezesem K2 Internet S.A., największej polskiej agencji interaktywnej, będącej laureatem wielu prestiżowych nagród branżowych, a ostatnio nieco zmieniającej kurs – ku tworzeniu internetowych startupów.

Wspomniał Pan kiedyś, że Pana kariera to więcej szczęścia niż ciężkiej pracy.

Trochę się wygłupiam bo wiadomo, że bez ciężkiej pracy i umiejętności nic bym nie osiągnął. Chciałem raczej zaznaczyć, że warto mieć do siebie dystans. Mieć tę świadomość, że sukces przychodzi z wielu różnych powodów. Myślę, że jest wielu przedsiębiorców, którzy widzą świat najpierw poprzez swoje wyolbrzymione ego, a dopiero później dostrzegają złożoną rzeczywistość.

Przed przyjściem do K2 pracował Pan w bankach. Skąd pomysł na przesiadkę do interaktywnego pociągu?

Spędziłem pierwsze siedem lat kariery zawodowej w bankach – najpierw PBK, później dzisiejszy Credit Suisse. Fascynacja światem bankowości była pochodną studiów na wydziale zarządzania. Zaczytywaliśmy się w opowieściach o fuzjach, przejęciach i emisji akcji. Ale zanurzenie się w świecie wielkich korporacji i pieniędzy dało mi wartościową lekcję życiową. Świat finansów jest gdzieś głęboko pusty i mocno skorumpowany. Nie chciałem być jego częścią. Za czasów ZX Spectrum fascynowałem się tym, co nowe i technologiczne, znałem się też z Michałem Lachem, założycielem agencji. Także moje przejście do K2 w 2000 roku i objęcie stanowiska dyrektora finansowego to efekt połączenia zniechęcenia światem finansów, fascynacji technologią i kontaktu z założycielem agencji. Paradoksalnie parę lat po podjęciu tej decyzji plułem sobie w brodę, że zamieniłem takie fajne pieniądze na ciężkie życie przedsiębiorcy, bo w K2 przez 12 lat ani razu nie zbliżyłem się do zarobków, jakie osiągałem będąc bankierem inwestycyjnym. Przez pierwsze pięć czy sześć lat razem z Michałem co miesiąc walczyliśmy o przetrwanie finansowe, a przez cztery lata właściwie nie pobieraliśmy wynagrodzenia. Ale z perspektywy czasu nie mam żadnych złudzeń, że to była jedyna właściwa decyzja.

Hasło przewodnie Pana bloga brzmi: „z góry lepiej widać”. Dlaczego?

Nie doszukiwałbym się tutaj jakiegoś szczególnego podtekstu. Osoby, które mnie znają wiedzą, że nie mam przekonania, że wszystko wiem najlepiej. Bardziej chodziło o grę słów, związaną z marką naszej grupy.

Kiedyś skrytykował Pan działalność firmy Socializer i jej prezesa, przy czym w pierwszym kwartale 2012 zarobili oni prawie 300 tys. zł, podczas gdy K2 tylko 26 tys. zł…

Mój wpis był trochę prześmiewczy, ale nie starałem się dowieść, że Socializer to nic nie warta firma. Pozwoliłem sobie na komentarz dotyczący śmieszności wycen. Mnożniki wycen znajdują się zwykle poniżej 10, więc wycena Socializera była wtedy absolutnie księżycowa. Widziałem podsumowanie mówiące, że gdy strategia agencji mocno opiera się o social media, to można kogoś przekonać, że wartość jest większa niż dziesięć razy zysk netto. K2 jest jedną z nielicznych spółek segmentu mediowego w Polsce, która jest płynna. Czyli o ile nie da się powiedzieć, że wycena firmy Socializer ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, to wycena K2 rzeczywiście jest oparta o twarde decyzje akcjonariuszy. Obok tej matematycznej strony jest też filozoficzna. Nie robię biznesu po to, żeby moja wycena była 2, 5 czy 10 razy większa od wyceny Socializera. Mam w głowie parę innych celów. Sprowadzenie działalności biznesowej tylko do wyceny wskazuje na ograniczone horyzonty myślowe.

Innych celów?

Jestem w tej branży dość długo i wiele razy miałem okazję sprzedać K2 za przysłowiową „grubą kasę”, co dla wielu biznesmenów jest końcowym celem budowania firmy. Gdy współpracownicy pytają mnie o motywację odpowiadam, że chciałbym zrobić coś, co w mojej głowie przypomina Gdynię. Gdynia jest dla mnie mitycznym przedsięwzięciem: przy skromnych zasobach i wielu ograniczeniach zbudowano coś świetnego. Chcę stworzyć biznes oparty o polski kapitał intelektualny, dlatego odrzuciliśmy konsekwentnie wszystkie propozycje sprzedania K2 międzynarodowemu holdingowi reklamowemu. Oczywiście pieniądze też są ważne i pokazaliśmy, że potrafimy je zarabiać – w zeszłym roku mieliśmy ponad 60 mln zł przychodu i 5 mln zł zysku netto, przy czym K2 powstało przy dość skromnej inwestycji 2-3 mln zł. Proszę mi pokazać inne przedsiębiorstwo oparte o tak małe aktywa, które stworzyło takiej wielkości biznes. Mimo tego, jesteśmy firmą mocno opartą o wymienione wcześniej wartości i nie jesteśmy gotowi ich za wszelką cenę zamieniać na lepsze wyniki finansowe w każdym kwartale.

Aby przeczytać cały artykuł, sięgnij do Proseed #25. Jeszcze nie subskrybujesz magazynu? Aby trafił na Twoje biurko, zajrzyj na proseedmag.pl/subskrypcja. Zapraszamy do komentowania – poniżej.

Komentarze